Friday, November 21, 2008     •  Zaloguj
   
   
 
   
   
   
 
 
     
 
     Zmniejsz
 
 
     
     
 
   Picasa galery Zmniejsz
 
       
     
     
 
   Cytaty... Zmniejsz

G: Ciężko jest żyć bez BASE
O: Jeszcze gorzej z...

Olek & G

 
 
     
     
 
     Zmniejsz
 
 
     
     
 
   Most zaliczony Zmniejsz

Wyjazd do Chorwacji okazał się strzałem w dziesiątke. Decyzja o odwiedzeniu tego miejsca zapadła dzień przed wyjazdem, ale nie ma czego żałować.
Pierwotnie planowałem pojechać do jednego z miejsc, którego napewno w przyszłym roku nie ominę, a mianowicie do Szwajcarii. Górę wzięła jednak chęć dodatkowego wygrzania kości nad Adriatykiem.

Na półwyspie Istria pomiędzy miejscowościami Vrsar i Rovinj znajduje się Limski Canal. Wbija on się w głąb tworząc swojego radzaju fiord, ale niestety nie takich wielkości jak te w Norwegii. Stanął on na drodze autostradzie, dzięki czemu wybudowano nad nim wspaniały most. 120 m. przestrzeni to w sam raz na doskonalenie swoich umiejętności w skokach z krótkim opóźnieniem.

Po wyprawie na Kjerag i skoku z anteny pod Warszawą to miejsce pozwoliło mi uwierzyć w swoje umiejęności skakania oraz przed wszystkim składania spadochronu.

Oprócz skoków, miejsce to pozowliło mi dobrze wypocząć. Zatrzymaliśmy się z Martyną na jednym z kempingów nad samym morzem. Rano pobudka, składanie spadochronu, most, skok, plaża przez 5 godzin, składanie spadochronu, skok na zachód słońca i odpoczynek. I tak przez 5 dni.

Ostatnie 2 z nich spędziliśmy wraz z grupą ludzi ze Słoweni. Do skoków przyłączył się Ursh, który przyjechał wraz ze swoimi znajomymi Spec'em i Anią. Spowodowało to przeniesienie  namiotu z nad morza pod most ;-)

Tak życzliwych i przyjaznych osób szukać ze świeczką. Miłe, wspólne skoki oraz udany 2-way dopełniły wyjazd. Nigdy nie spodziwałbym się tak wspaniale spędzonych chwil z ludźmi, których pierwszy raz widzi się na oczy.

W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się w domu Ursha w Mariborze. Tam ugościła Nas jego mama częstując obiadem. Po kąpieli udaliśmy się na przedmieścia miasta. Tam Ursh pokazał mi 100 m. antenę GSM. O godzinie 22 rozpoczeliśmy forsowanie ogrodzenia i wejście na szczyt. Problemem okazał się rozmiar w/w obiektu. Z założonym sprzętem ledwo mieściłem się w jej środku. Aby skoczyć musiałem usiąść na górze anteny, a Ursh czekał w środku. Po skoku starczyło mi czasu na jeden zakręt i lądowanie. Czekając na kolegę spakowałem spadochron do plecaka. Po jego skoku zwineliśmy się tak szybko jak to było możliwe. Ursh odwiózł Nas na trasę wylotową i musieliśmy się już pożegnać.

Oboje obiecaliśmy się spotkać w najbliższym czasie i jestem pewien, że obietnicy dotrzymamy. Napewno w przyszłym roku we Włoszech lub Szwajcarii Nasze ścieżki znowu się skrzyżują. W ostateczności Ursh i tak planuje odwiedzić mnie w Polsce.