Friday, November 21, 2008     •  Zaloguj
   
   
 
   
   
   
 
 
     
 
     Zmniejsz
 
 
     
     
 
   Picasa galery Zmniejsz
 
       
     
     
 
   Cytaty... Zmniejsz

Każdy z Nas może zostać numerem 100...

Nieznany

 
 
     
     
 
     Zmniejsz
 
 
     
     
 
   Polska - Pieniny - październik 2005 - "E" Zmniejsz

Jeśli ktoś pyta mnie dlaczego to robię, to właśnie dla takich chwil jak te. Odwiedzanie miejsc, w których nigdy wcześniej się nie było, poznawania ludzi, których nigdy nie spotkałoby się na swojej drodze, a przede wszystkim przekraczanie granic swoich możliwości, o których wcześniej nawet się nie śniło.

Przed skokiem Na początku października zadzwonił do mnie Łukasz Kempys (jeden z instruktorów szkoły spadochronowej www.aff.com.pl) twierdząc, iż znalazł z górę, z której może uda się skoczyć. W ciągu zaledwie paru nastu minut po jego telefonie znalazłem wszystko na jej temat, co można znaleźć w internecie. I ku mojemu zdziwieniu były tam jedynie suche informacje, a zdjęcia na których najbardziej mi zależało ograniczały się do wizerunku skarłowaciałej sosny znajdującej na końcu wzgórza. Musiałem się zdać na opisy Łukasza. Zresztą same chodzenie po górach takich jak Pieniny jesienią są wystarczającą zachętą, aby wsiąść w samochód i przejechać 550 km. Miejscem docelowym był dom państwa Kempsej w Nowym Targu. W piątek po pracy prosto z Poznania do NT - 7 godzin i byliśmy z Martyną na miejscu. Słaniając się na nogach omówiliśmy plan działania na dzień następny. Zdążyliśmy obrócić jeszcze wspólnie butelkę wina i poszliśmy spać z głową pełną pomysłów. Spać to dużo powiedziane. Następne godziny spędziłem raczej na przewracaniu się z boku na bok myśląc ciągle o jednym.

Skok Pobudka o 5:30 i ku mojemu zaskoczeniu czekali na mnie oprócz Martyny, Łukasz i Ani jeszcze Zbyszek i Fala - ludzie bez, których skok na pewno nie odbyłby się. Tomek przygotował do wyprawy sprzęt wspinaczkowym, który okazał się później niezbędny. O godzinie 7 z minutami dotarliśmy na przejście graniczne w Szczawnicy nad Dunajcem. Niestety brak dowodu osobistego i paszportu eliminował mnie z grupy osób, która obejrzy górę z potencjalnego miejsca lądowania. Na szczęście strażnica jest czynna od godziny 9:00 do 17:00 i to wyeliminowało również resztę grupy ;-) W tym miejscu postanowiliśmy po raz pierwszy przejść Dunajec. Ja ze Zbyszkiem i Tomkiem udaliśmy się na drugi brzeg, Łukasz czekał na otwarcie strażnicy i spacer na miejsca lądowania, a dziewczyny czekały na flisaków, by normalnie przeprawić się na drugi brzeg i udać się szlakiem na górę. Tępo narzucone przez chłopaków zmusiło mnie do dużego wysiłku i już o godzinie ok. 8 byliśmy w trójkę na szczycie.

Otwarcie Od razu przystąpiliśmy do działania. Ubrany w uprząż rozpocząłem mozolne sprawdzanie ściany w każdym jej miejscu pod względem możliwości skoku. Wychylony wisząc na linie sprawdzałem jej pochyłość oraz starałem się ocenić wysokość. Niestety nie było to proste. Pod nami znajdował się las, który opadał stromo w kierunku dna wąwozu. Nasza 50 m. lina nie dotykała do wierzchołków drzew i brakowało jej ok. 10-15 m. Nie udało mi się nigdzie znaleźć informacji na temat wysokości skały, ale na dzień dzisiejszy oceniam ją na 60-70 m. do drzew. Przystąpiłem do sprawdzenia sprzętu i ubrania się. Przygotowałem odpowiednio pilocik i udałem się na miejsce skoku.

Był to najtrudniejszy punkt, z jakiego do tej pory przyszło mi skakać. Oprócz kroku w przód na niższą półkę skalną pochyloną pod kątem ok. 45 o musiałem jeszcze przeskoczyć jakiś metr do przodu, aby spokojnie opadać wzdłuż skały. Niestety nie wszystko poszło tak jak sobie to wyobrażałem, ale na szczęście wszystko zakończyło się tak jak to sobie planowałem ;-) Po skoku od razu rzuciłem pilocik i po chwili wisiałem nad drzewami. Moja pozycja przy otwarciu pozostawiała wiele do życzenia, co spowodowało lekkie otwarcie w lewo (ok. 15-20 o). Później pozostała mi druga część skoku, czyli szybowanie nad drzewami i lądowanie na brzegu Dunajca po stronie Słowackiej. Tam zwarty i gotowy do ucieczki czekał na mnie Łukasz.

Pieniny zdobyte Po wylądowaniu przeszliśmy na stronę Polską przez Dunajcem i udaliśmy się w poszukiwaniu szlaku. Niestety nasz próby spełzły na niczym i znowu musieliśmy przechodzić na stronę Słowacką. Tam postanowiliśmy rozdzielić się. Tak jak już pisałem wyżej nie miałem ze sobą żadnych papierów. Udałem się w las i w Polsce znalazłem się przekraczając zieloną granicę.

Nie sposób opisać uczucia i widoki jakie towarzyszyły wszystkiemu. Nie da się opowiedzieć jakie w takich chwilach tworzą się relacje z ludźmi, którzy towarzyszą Ci w tego typu projektach. Wszystko co miało miejsce w Pieninach jest kolejnym przekroczeniem bariery, która kiedyś istniała w sferze marzeń. I to jest w tym wszystkim najwspanialsze.