|
Skały fiordu Lysefjord są znane skoczkom BASE z
całego świata. To miejsce wcześniej, czy później jest odwiedzane przez każdego
z nich. Pierwsze skoki zostały wykonane tutaj w 1994 roku. Od tamtej pory
zmieniło się bardzo dużo. Powstał klub i teraz wszystko jest tam w jak
najlepszym porządku (łódź, samochody etc.). Aktualnie praktycznie jedyne
miejsce oferujące kurs BASE w Europie na wysokim poziomie.
Norwegia nie była moim miejscem docelowym do wykonania pierwszych skoków. Po
zamówieniu sprzętu w styczniu, sprowadzeniu w kwietniu do kraju umówiłem się na
kurs z Robertem Pecnikiem. Kurs miał odbyć się w Chorwacjii z mostu Limska
Draga o wysokości 120 m. Niestety z powodu ciągłego przekładania terminu (brak
czasu, Robert rozkręca mocno firme Pheonix Fly) zdecydowałem się
pojechać na północ Naszego kontynentu.
2 czerwca wsiadłem w samochód i rozpocząłem podróż,
która zmieniła moje życie. Z Poznania do Świnoujścia, promem do Szwecji, a
później wybrzeżem do Oslo i prosto do Lysebotn. Razem 1400 km. W
przecudownym miasteczku na codzień żyje jedynie 19 osób, które w
większości pracują dla miejscowej eletrkownii wodnej.
Po przyjeździe na miejscu zastałem jedynie instruktor i jej
chłopaka oraz dużą ilość śniegu. Sezon dopiero rozkwitał.
Kurs jak zawsze rozpoczyna się od
teorii skoków, zapoznania się z terenem, wypadkami, radzeniem sobie z awariami
itp.
Później wędruje się na "wahadło". Jest to system lin rozwieszony pomiędzy
drzewami, dzięki któremu jesteś w stanie przećwiczyć w krótki czasie
odejście od obiektu. Ubrany w atrapę pokrowca i przyczepiony do lin skaczesz z
wysokości ok. 15 m. do momentu kiedy Ty i instruktor jesteście zadowolenii z
ćwiczeń.
Po takim wysiłku czas na przejazd samochodem w górę i wspinaczkę
do miejsca skoku. Po opuszczeniu pojazdu czekało mnie 2 godziny chodzenia po
górach. Samą drogę można podzielić na trzy etapy, gdyż musimy pokonać trzy
wzniesienia.
To jakie myśli towarzyszą pierwszej wędrówce oraz następnym to moja słodka
tajemnica. Zapewne każdy z Nas myślałbym wtedy o czymś innym, ale napewno
wspominałby to co zostawił w sowim ojczystym kraju.
|
|
Wraz z instruktor na mój pierwszy skok poszedł Darcy, przemiły
Australijczyk mieszkający od 8 lat na stałe w Norwegii. Skoczył jako pierwszy,
aby pokazać mi jak buduje rundę i jak wieje wiatr. Wskazówki przekazał Nam
przez radio (Darcy zginął w wypadku skacząc właśnie z tego miejsca w
sierpniu br.)
Po jego skoku rozpoczeliśmy ubieranie się i
ostatnie sprawdzenie sprzętu. Gdy byłem gotów do skoku Elin staneła za mną
i czekała na komendę mówiąca, że w ciągu 10 sek. rozpoczne odliczanie (mogła
dać znać do ludzi na ziemi, że będe skakał).
Nigdy nie zapomnę momenu kiedy uniosłem ręce do góry i rozpocząłem odliczanie -
3, 2, 1 nara...
Kiedy oderwałem się od ziemi wszystko zaczęło toczyć się w zwolnionym tempie.
Zawisłem na chwili w powietrzu i zacząłem rozpędzać się ku ziemi. Po
4-5 sek. przeszedłem do pozycji pozwalającej oddalić mi się od skały. Po 8-9
sek. spadałem już z prędkością terminalną (taką jak przy skoku z samolotu w
pozycji płaskiej - brzuchem do ziemi) 180 km/h. Widoków i emocji towarzyszące
skoku nie da się w żaden sposób opisać. To trzeba przeżyć.
Po 15 sek. opóźnienia w bezpiecznej odległości od skały otworzyłem spadochron.
Lądowanie jest na początku dość kłopotliwe. Do dyspozycji masz
poletko wielkości 20x30 m. do okoła, którego porozrzucane są głazy wielkości
samochodów. Dodatkowo masz jeszcze dwa alternatywne miejsca do lądowania oraz
plażę pokrytą kamieniami.
Na kursie zawsze powtarzane jest, iż można lądować w wodzie, jeśli nie jesteś
pewien lądowania na lądzie. W łódce przy brzegu zawsze jest osoba, która szybko
i sprawnie wyciągnie Cię z wody. Napewno wysuszysz się szybciej niż wyleczysz
złamaną nogę.
Kolejnym elememntem, który zapadnie w mojej głowie
to Darcy, który po lądowaniu podał mi zimne piwo prosto z fiordu. Wracając
łódką opijaliśmy mój pierwszy skok. To było coś cudownego. Piwno nigdy lepiej
mi nie smakowało.
Kurs trwa do momentu, aż instruktor i kursant stwierdzą, iż może
on już samodzielnie wykonywać skoki. Po trzech kolejnych skokach byłem już
wolny.
Na miejscu pozostałem tam jeszcze 12 dni. W ciągu tego czasu
nauczyłem się układać spadochron w odpowiednich konfiguracjach do rodzaju
skoku, poznałem wielu wspaniałych ludzi z całego świata i zrobiłem jedne z
najlepszych skoków. Wiele czasu spędziłem z Benem, który 3 miesiące później
odwiedził mnie w Warszawie gdzie wspólnie skakaliśmy z anteny i otworzyliśmy
Rondo Babka (95 m.) - House of Darcy.
|